XIII jesienny rajd GTR

    Nasze spotkania na Wschodnim to zawsze wielka radość i doroczna możliwość zobaczenia się z dawno nie widzianymi znajomymi i przyjaciółmi. Radość tę pomniejsza jedynie nieobecność tych, którzy tym razem (z różnych powodów) nie mogli z nami wędrować. Niektórzy pozdrawiają nas na trasie telefonicznie, SMS-owo lub przekazują przez innych uściski i gesty życzliwości.

    Rajd pierwszego dnia przygotował Leszek z Grzesiem. Nie wiem ile było tych kilometrów, ale ja się czułam podczas całej wędrówki wręcz komfortowo. Płaski teren, trasa niezbyt forsowna, kilka podejść pod niewielkie wzniesienia i obniżeń w dolinę Różańca. Na trasie parę mokrych przepraw, które każdy pokonywał na swój sposób. Zając kicał po wodzie w butach, Tomek na bosaka. Inni forsowali przeprawę główną, a jeszcze inni naginali drzewa lub wręcz kładli je pod stopy.  

    Dolina Różańca ma typowo puszczański charakter. Nie brakuje tu sędziwych drzew tworzących klimat zatrzymania w czasie. Leszek podprowadził nas nad brzeg rzeczki w miejscu, gdzie niegdyś kamienny most spinał dwa brzegi przysiółka Grochy. Most ten został zniszczony w czasie II wojny światowej przez partyzantów. Po wsi nie zostały żadne ślady, a jeżeli nawet to dawno pochłonęła je puszczańska przyroda.

    Mieliśmy w grupie milusińskich i jak się później okazało byli to dzielni wędrowcy, którzy nie wymiękali nawet na trudniejszych odcinkach. Leszek poprowadził nas drogą prowadzącą w las (obok ruiny starych zabudowań) bez nagłych zrywów, także nikt się nie zasapał i nie musiał nadganiać. Był czas na krótkich postojach na pogaduchy, przekąski, zbieranie grzybów (na ścieżkach kładły nam się pod nogi podgrzybki i dorodne opieńki).

    Na odcinku do miejsca po przysiółku Grochy, Leszek pokazał nam trzy krzyże bruśnieńskie. Były to duże krzyże, niestety naznaczone przez czas. Pośród nich górował ten największy. Każdy miał niepowtarzalny wygląd. Ten pierwszy ktoś złożył tak, że krzyż patrzy na nową drogę, a napis na cokole na drogę starą. Przy innym krzyżu, który przycupnął obok sędziwego drzewa w niezwykle malowniczej scenerii, robiliśmy sobie zdjęcie zbiorowe.

    Dalej na trasie natknęliśmy się na wydmę w lesie, gdzie najmłodsi pokonywali ją wielokrotnie tarzając się w piachu. W tym czasie słoneczko zaczęło się do nas szerzej uśmiechać i na las spłynęły cudowne cienie. Nie sposób ich było jednak pochwycić migawkami aparatu.

    Nad stawami w Rudzie Różanieckiej zabawiliśmy dłużej. To miejsce nie pozwala się zignorować. Byłam tam po raz pierwszy i wywarło na mnie duże wrażenie.  Kiedy w końcu udało się grupę pozbierać z rozproszenia, Leszek z Grzesiem doprowadzili nas do polanki, na której (planując trasę rajdu) chyba przez rok szykowali drzewo na ognisko. Posiłek dodał nam sił do dalszej wędrówki.

    Kiedy nadchodzi rajdowy odwrót trochę smutno się robi. Wydłużamy ten czas, bo pora jeszcze młoda. Drzewa które mijamy teraz na trasie "pętelki" zadziwiają rozmiarami. Wkrótce na horyzoncie pojawiają się zabudowania, w oddali widnieje płazowski cmentarz, a my zatrzymujemy się chwilkę przy zaniedbanym cmentarzu wśród zarośli.   

    Na otarcie łez, Tomek zafundował nam obejrzenie cerkwi w Płazowie. Potem biesiada u Rubina. Trochę tam zabawiliśmy, a potem komu frajda temu hajda....na Werchratę! Tam szybkie zagospodarowanie spania, rozgrywka przy stole pingpongowym i wreszcie wspólne oglądanie zdjęć z minionych dziesięciu lat, odświeżanie rajdowych wspomnień.

    A potem ranek... Lubię ten widok za oknem, kiedy mnie budzi biel ścian starej cerkwi.

    Sosna