Wydarzenie:
I Zimowy Rajd GTR
2006-01-29 20:29
Witajcie, dziękuję Wszystkim, którzy chcieli..., a potem tylko trzymali
za nas kciuki, a czasami skrycie zazdrościli.
Grupa z 14 stopniała do 3. Zbyszek, Paweł i ja. Tak jak planowaliśmy
zakotwiczyliśmy w szkole gościnnie i ciepło przyjęci przez dyrektora. W
szkole cieplutko, czysto, w kuchni gaz i elektryka, z prysznica płynęła
gorąca woda.
Na trasę wyszliśmy o 9.20 licząc skrycie, że może ktoś
dojedzie spóźniony. Zrazu ostro pod górkę rozgrzewając się. Na górze
od zachodu wiaterek dawał się we znaki, choć przy szkole inwersja
temperatur powodowała znaczne podwyższenie słupka rtęci. Temperatura w
zaciszu sięgała kilku stopni pod kreską. Pola, skąd rozciągała się
cudowna dookólna panorama skrzyły się tysiącami diamentów. Droga do Łoz
minęła szybko, w lasku mnóstwo tropów w tym też zajęczych. Drugie pole
nad Mrzygłodami podobne, choć cieplej. Po godzine jesteśmy w
Mrzygłodach i po kilku minutach robimy postój przy chacie płastunów,
kilka fotek, kawa, kanapki, sok aroniowy, no i jeszcze coś, ale o tym
sza! Do szlaku doszliśmy szybko, po chwili ukazały się trzy kopce, a po
prawej kulminacja Krągłego. Warstwa zmrożonego pod spodem śniegu
ułatwiła mam robienie stopni i bez trudu znaleźliśmy się na szczycie.
Jacyś maczeteros oczyścili nieco szczyt, dużo jest też drzew
wyznakowanych do wycinki. Przy bunkrze na pn. stronie kilka fotek,
penetracja wnętrza, poprawiona później przez naszych kolegów liczących
"latające myszy" hibernujące w betonowych budowlach. Zbyszek sprawdził
też ten zachodni i dalej wspinać się na najwyższy. Tu podobnie twardy
śnieg ułatwiał wejście. Na Długim kilka telefonów, bo i zasięg super i
do bunkra. Dalej szlakiem do krzyżówki i na Monastyr. Las cudowny,
śnieg do chodzenia fantastyczny. Na twardym, starym leżało 10 - 15 cm
zmrożonego, sypkiego o konsystencji cukru. No i Monastyr w cudownym
słoneczku, cieplutko!, krótki popas i chaszczując schodzimy do drogi, a
tu niespodzaianka, na polu po stronie zachodniej, wiało tak mroźnie, że
zakładałem drugą parę rękawiczek. Paweł odkrył krzyż po lewej stronie.
Droga! asfalt zamieniony w lodowisko z koleinką w kształcie rynienki
wyślizganą niemiłosiernie. Pod Dahanami wpadka, zagadany wlazłem w te
zawaliska i po kilku minutach zorientowałem się, że nie jesteśmy na tej
drodze gdzie planowałem. Nic to! Skręt w prawo i na nosa trafiliśmy do
bunkra z przewróconą kopułą obsewacyjną. Sprawdzenie co jest w środku,
poprawione potem przez kolegów od gacopyrzy i w górę na szczyt. Ja
zająłem się SMSami i badaniem temperatury, na moim bimetaliku było 0,
ale może źle nakręcony, a koledzy poszli zobaczyć, czy ktoś nie buchnął
rozwalonego działa w bunkrze od pd. Na szczęście nie! Ktoś był na
szczycie chodząc raz pieszo, a raz na nartach.
Na indywidualną
(jak to ładnie określił - prywatną) prośbę Pawła poszliśmy na kultowe
Dahany. Słoneczko już chyliło się za skłon z nowym korytem, a starego
nie mogłem znaleźć mimo usilnych starań. Kwiczoł, buszujący w krzaku
głogu był zdziwiony naszą obecnością do tego stopnia, że nie miał
zamiaru uciekać, choć byliśmy od niego ok. 2 m. Mając na uwadze
zachodzące słoneczko i chęć za dnia dojść do szkoły zrezygnowaliśmy ze
spotkania z diabłami i drogą doszliśmy do schroniska.
Jak fajnie
wejść do ciepłego budynku! Upichciliśmy "co tam kto miał", żałujcie
miałem czanachę. Potem prysznic. No i zjeżdzają goście Artur z Markiem,
Jola i Tomek z sernikiem, na który niestety nie załapałem się, i Paweł
z kolegami co liczą nietoperze.
463, jak podał Artur, slajdów z
Roztocza ukraińskiego i Ukrainy z różnych wypraw GTR i innych. Potem
rozmowy, plany na przyszłość no i tak do późnej nocki.
Rano po
śniadanku i mszy w kościele przypominającym lodówkę w drogę.
Podjechaliśmy za przejazd pod Józkową Górę i w wąwóz, tu uciech co nie
miara, zawaliska, mostki pokonywane raz górą raz dołem, bardzo dużo
tropów, saren, łosi, wilka, zajęcy. Po wyjściu na szlak skręt w prawo i
na Zawałyle.
Szkoda, bo pogoda już nie ta, szaro, buro i ponuro,
już nic się nie skrzy w słońcu, ale na duchu podtrzymuje chrzęst śniegu
pod butami.

O dziwo! trafiliśmy do pozostawionej przy drodze
"temperówki". Z duszą na ramieniu udało się wyjechać z bocznej dróżki.
Pojechaliśmy do tartaku i w las na Diabelski Kamień. Na polu dmuchało -
to mało powiedziane. Paweł prowadził i trafił. Kamienie są, jeden z
nich upstrzony niebieskimi literkami, których nie chciało mi się
składać. Potem legenda o diabłach i dyskotece, jeszcze parę fotek na
wychodniach skalnych przy ambonie i powrót przez pole. Teraz wiatr nas
popychał, ale nóżki zapadały się w jakichś bruzdach przysypanych
śniegiem. Jeszcze parę fotek przy źródle Raty i powrót do szkoły.
Pakowanie i pożegnania z solennym zapewnieniem powrotu wiosną na
ukochane Roztocze.
A, byłbym zapomniał, trzy pałki do Zimowej Korony Roztocza zaliczone!
Do zobaczenia na szlaku!
Zdzisław Kubrak
Polecamy również:
II Zimowy Rajd GTR
III Zimowy Rajd GTR
IV Zimowy Rajd GTR
V Zimowy Rajd GTR






















